Foczka zamiast łuski na BC?
Test nart Sporten Wanderer Skin

To nie pierwszy raz o tych nartach. Miałem okazję testować je z X-plore’ami, nowymi wiązaniami Rottefelli i od tej pory jestem trochę… zakochany. Po prostu Lubię takie narty i przeboleję nawet to, że są – jak na mój gust – szerokie (link do recenzji). Odpowiada mi przede wszystkim ich twardość (a właściwie miękkość) dobrze wpisująca się w lukę między osiemdziesiątkami od Alpiny a Madshusami z serii Panorama. Sporteny są pośrodku – wystarczająco miękkie by dynamicznie skręcać, ale nie na tyle, żeby nie dać odbicia na płaskim. Do tego dobrze trzymająca łuska i szybki ślizg, więc nie ma się co czepiać (chociaż zawsze znajdzie się o co;)
Więc gdy wpadły mi w ręce te same narty ale z foką zamiast łuski, nie mogłem się powstrzymać. Tym bardziej, że taki typ ślizgu, jakkolwiek zdążył zadomowić się w świecie biegówkowym, w przypadku BC to swego rodzaju nowość. Przynajmniej dla mnie (jeśli nie liczyć chałupniczo popełnionych przeze mnie dawno temu nart Alpina Light Terrain, którym starałem się przedłużyć życie frezując w miejscu gdzie wcześniej była łuska rowek na fokę – eksperyment średnio udany). Tym razem miałem do czynienia z konstrukcją fabryczną, a więc profesjonalną i przemyślaną, a w dodatku na nartach, o których mam jak najlepsze zdanie.
Owszem, od kilku lat dostępne są na rynku narty z dodatkowymi foczkami naklejanymi na łuskę, które mają pomóc tam, gdzie łuska nie wystarcza. Zwykle to strome podejście, lód albo trudny zjazd – serio, takie foczki potrafią skutecznie zmniejszyć prędkość. Jako boomer i maruda nieufnie odnosiłem się do tych pomysłów, ale ostatecznie się przekonałem (choć nie bez zastrzeżeń – ale o tym może napiszę gdzie indziej). Ale Sporten Wanderer Skin to coś zupełnie innego. Ślizgi nart są gładkie, z wyjątkiem długiej na ok 40 cm i szerokiej na 4 cm foki wklejonej na stałe w strefie odbiciowej. To spora różnica w porównaniu do sześćdziesięciocentymetrowych cm foczek naklejanych na narty Fischera czy Asnesa. Nie powiem, zdziwiło mnie to. Ale dobra, myślę – inżynierowie się napracowali, nawymyślali, pieniądze wzięli, więc trzeba zaufać: tak ma być.

Ale śliskie! Taka była pierwsza myśl po nałożeniu nart. Krótka foczka nie sprawia oporu podczas sunięcia po śniegu, a ślizgi są naprawdę szybkie. Nawet w porównaniu z wersją łuskową. Na podejściach zdarzało mi się uślizgnąć – trzeba wyczuć miejsce „gdzie trzyma” i tak stawiać nartę, by foka złapała się w śnieg. Kwestia przyzwyczajenia – po kilkudziesięciu metrach przychodziło mi to intuicyjnie i nie czułem większej różnicy w stosunku do tradycyjnych nart. Może jedynie mniejszy opór, co było dużym zaskoczeniem, bo foka kojarzy mi się jednak z koniecznością pchania narty do przodu. A tu? samo jedzie! W ogóle jakieś takie wrażenie lekkości.
Trochę mniej kolorowo było, gdy zrobiło się stromo. Trudno to ocenić, ale miałem poczucie, że łuska trzymałaby trochę lepiej. Oczywiście kwestia warunków, bo im bardziej trasa byłaby wylodzona, tym większą – tak myślę – foka miałaby przewagę nad łuską, ale mi się akurat trafił puszysty lekko wilgotny śnieg – jak raz pod łuskę. Ale nie narzekałem – gdzie się nie dało na foczce, szedłem jodełką i nie cierpiałem z tego powodu. Myślę, że różnica niewielka i w dodatku subiektywna – tak tylko się zastanawiałem, co by było, gdyby…

Tak rozmyślając doszedłem do najwyższego punktu wycieczki. I się zaczęło! Jeśli miałem poczucie, że sunę narty bez oporu pod górę, to co dopiero z góry! Spodziewałem się, że foka będzie mulić na zjeździe, a tymczasem miałem wrażenie gładkiego ślizgu. Narty szybko nabrały prędkości manewrowej i mogłem cieszyć się tym, co najbardziej mi się podobało w Wandererach. Deski świetnie reagowały na ruchy ciała, raz po raz zakręcając. Zjazd był szybki, przyjemny i efektowny. Aż chciało się wyjść z powrotem na górę! Wrażenia ze przypominały nieco te, które dają niektóre narty Asnesa, np. ulubione narty Karoliny Cecilie BC zwane Celkami, przynajmniej pod względem nabierania szybkości. Ja z tej dwójki wybrałbym jednak Sporteny, ale może to kwestia uprzedzeń? (tu możecie przeczytać porównanie tych i podobnych nart w wykonaniu Karoliny, więc nieco bardziej obiektywnie)
Do domu wróciłem pełen optymizmu. Co tu wiele gadać, spodobało mi się. Zastanawiałem się, w jakich słowach podzielić się swoim entuzjazmem nad nowym wynalazkiem, gdy humor zepsuł mi kolega Dannsa: „A jak będziesz chciał długie foki na to nakleić?”. No tak, o tym nie pomyślałem, bo rzadko używam pełnych fok. Na te Wanderery rzeczywiście trudno będzie coś dopasować, bo przecież nie zakleję krótkich foczek długimi… W dodatku – na to już wpadłem sam – foki, gdy na przykład przemokną tracą nieco swoje właściwości i w przypadku takich przyklejonych na stałe nie bardzo wiadomo, co właściwie należałoby zrobić będąc w terenie. Mi się to w każdym razie nie przytrafiło i myślę że tak samo można powiedzieć o łusce, do której, jak wiemy, się lepi…
Ogólne wrażenia z testu były bardzo dobre. Lubię – jak pisałem – takie narty i spodobał mi się bardzo ten poślizg, nawet kosztem nieco gorszego trzymania na podejściach (ale bez przesady, żeby nie było, że narzekam).Gdyby nie kamyczek do ogródka (a właściwie pod narty) od Dannsy, pewnie nie zacząłbym rozmyślać o ograniczeniach, które nakładają przyklejone na stałe foczki i recenzja byłaby bardziej jednoznaczna. Ale nie ma róży bez kolców i postawię tezę, że Sporteny Skin dają nowe możliwości kosztem pewnej uniwersalności. Docenią je na pewno narciarze, którzy lubią sobie zjechać (jak ja), ale mogą się też spodobać tym, którzy (jak ja) tak układają trasę, by pełne foki nie były potrzebne. Ale jeśli ktoś ma problemy z podchodzeniem, albo boi się zjeżdżać, to niech lepiej pomyśli o czymś innym. Złych nart nie ma, jak mówi powiedzenie, są tylko źle dobrani narciarze 😉

Aha, w kwestii formalnej – Sportenów nikt mi nie podarował i żaden produkt z tekstu nie jest – jak to mówią – lokowany. Okułem je wiązaniami NNN BC i w takim wydaniu możecie je wypróbować w Dobrej Wypożyczalni. Testowałem długość 180cm, bo po doświadczeniach z wersją łuskową wolałem dłuższe (jestem na pograniczu rozmiarówki), ale chyba wolałbym mieć dziesięć cm krótsze. Chyba, bo jednak mnie uwiodły tym poślizgiem.


